O wybaczaniu nie wszystko.

Ilekroć nachodziła mnie myśl, by napisać o wybaczaniu tylekroć pojawiały się wątpliwości, czy w ogóle można coś spójnego i sensownego o tym powiedzieć. Ponieważ jednak ten temat „za mną chodzi”, a właściwie przychodzi wraz z kolejną osobą zgłaszającą się na terapię, spróbuję przedstawić tu garść refleksji na zadany wyżej temat.

Z ciekawości spojrzałem na kilkanaście witryn internetowych, które pojawiły się po wpisaniu hasła wybaczanie. Wydaje się, sądząc z ilości uzyskanych wyników, że o wybaczaniu powiedziano już wszystko co można powiedzieć, ale po lekturze kolejnego artykułu wciąż odczuwałem jakiś brak i niedosyt. I ta konstatacja właściwie przyniosła mi ulgę. Okazuje się bowiem, że wybaczanie jest na tyle indywidualnym a zarazem tajemniczym procesem, że nie można ująć go w jakieś jednoznaczne procedury. Biorąc to pod uwagę musiałem uznać, że nie uda mi się odkryć przysłowiowej Ameryki, a co najwyżej mogę podzielić się z czytelnikiem subiektywnym przeczuciem na temat tego, co dla mnie oznacza wybaczanie. Nie mogę nawet nazwać tego punktem widzenia, gdyż już samo słowo punkt zawiera w sobie jakiś element stałości i co za tym idzie pewności mającej określone współrzędne pozwalające ów punkt zawsze na swoim miejscu odnaleźć. Tymczasem doświadczenie nauczyło mnie, że być może już jutro przyjdzie mi spotkać kogoś, kto swoją opowieścią zmieni moje złudne poczucie posiadania Terapeutycznej Wiedzy w stan poszukiwania.
Z wybaczaniem są dwa kłopoty. Jeden taki, że próbujemy wybaczyć komuś coś o czym wiemy, że było dla nas krzywdą i mamy z tym trudność. Drugi ten, że nie wiemy o naszej krzywdzie a przeżywamy jakąś permanentną niewygodę, nie umiejąc wcale jej nazwać. Zanim jednak przejdziemy do wybaczania przyjrzyjmy się owej krzywdzie.

    Krzywda. Nie ma chyba człowieka, który mógłby o sobie powiedzieć, że nigdy nie doznał jakiejś krzywdy. Co rozumiemy jako krzywdę? Słownik języka polskiego podaje taką definicję: «szkoda moralna, fizyczna lub materialna wyrządzona komuś niezasłużenie; też: nieszczęście lub obraza dotykające kogoś niesłusznie». W rozumieniu psychologii krzywda jest pewną emocją, którą przeżywamy, kiedy nasze subiektywnie słuszne oczekiwania, potrzeby czy dążenia zostają w sposób jawnie brutalny, ale też niekiedy w sposób zawoalowany i niejednoznaczny zablokowane, czyli sfrustrowane. Warto zatrzymać się tu na słowie subiektywne. Okazuje się bowiem, że niejeden przeżywa fakt, iż to kolega z pracy a nie ja dostał właśnie podwyżkę, lub że to sąsiadka a nie ja wydała za mąż córkę za obiecującego i zamożnego kawalera, jako krzywdę. Obiektywizm w przeżywaniu emocji jest niczym przysłowiowy króliczek, którego nie udaje się złapać mimo, że gonimy go bez tchu całe życie. Tak więc nie idźmy na razie tą drogą. W swoistej mechanice emocji pora na kolejny krok, a mianowicie – gniew.

    Gniew. Słownik przedstawia taką oto propozycję: «gwałtowna reakcja na jakiś przykry bodziec zewnętrzny wyrażająca się niezadowoleniem i agresją». O ile krzywda jest emocjonalnym cierpieniem to gniew jest jej naturalnym skutkiem. Dopiero nasz wrodzony temperament i kultura z jej pajęczyną formalnych i nieformalnych relacji decydują, jaką formę ostatecznie przyjmie ekspresja gniewu. Bohaterowie greckiej mitologii otwarcie kipieli niszczącym wszystko gniewem, człowiek zaś współczesny musi radzić sobie z tą emocją w sposób o wiele bardziej powściągliwy, co nie znaczy, że dziś przeżywamy ją nie tak silnie. Już na starcie mówi się nam, że gniew i złość to emocje negatywne, czyli że w zasadzie nie powinniśmy czegoś takiego odczuwać. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że nasza cywilizacja opiera się na kontroli gniewu. Najlepszym przykładem jest tabu bezwzględnie należnej rodzicom czci i posłuszeństwa. Jest to interpretowane zwłaszcza przez religijnych moralistów jako zakaz okazywania gniewu, choć przecież mamy liczne przykłady również biblijnych bohaterów, którzy nieustępliwie wadzili się z Bogiem. Ewa Krupinski prowadząca bardzo pożyteczne szkolenia dla rodziców mawia: „moja przyjaciółka złość”, ja bym dodał „mój przyjaciel gniew”. Nie jest to bynajmniej pochwała rozhamowanej ekspresji tych emocji, przeciwnie to zachęta do potraktowania ich jako źródeł godnej uwagi, przyjacielskiej informacji o tym co dzieje się w moim wnętrzu. Wielu ludzi nosi swój gniew bezustannie na wierzchu niczym broń, z której za chwilę mogą zrobić użytek. Są też tacy, co swój gniew skrywają głęboko, tacy przemytnicy gniewu, którzy idą w zaparte, kiedy ktoś u nich ten trefny towar odkryje. Ale są i wielcy magicy, którzy swój gniew, jak to uroczo wyraził bodaj Kubuś Puchatek, dawno zniknęli i naprawdę nie wiedzą co się z nim stało.

    Przejdźmy zatem do pierwszego kłopotu z wybaczaniem. Sprowadza się on do tego, że aby wybaczyć trzeba się pozbyć całej gamy emocji wywołanych poczuciem krzywdy; a więc wściekłości, gniewu, złości, urazy i wszystkich im pokrewnych. Egzystencja emocji przypomina nieco sposób istnienia Yeti, mamy liczne ślady na śniegu i ani jednego osobnika. Ileż to razy słyszałem od swoich pacjentów owo zaklęcie „było, minęło…”. Zatarcie śladów ma spowodować, że i sam problem zniknie, rozpłynie się i przestanie dręczyć. Dlaczego więc, kiedy pytam o trudne wspomnienia, tak często pojawiają się łzy zaciskają się dłonie, a spojrzenie ucieka w bok? W filmie „1900: człowiek legenda” bohater porzucony jako niemowlę przez rodziców na pokładzie wielkiego transatlantyku, który stał się na resztę życia jego azylem i domem wypowiada taką mniej więcej kwestię: „nie zginąłeś dopóki masz swoją opowieść i chociaż jedną osobę, która jej słucha”. Te pełne żalu i wściekłości opowieści o krzywdzie domagają się wysłuchania, domagają się Słuchającego. Człowiek aby pozostać człowiekiem musi się dzielić zarówno dobrym jak i złym. Oddanie jakiejś części swojego ciężaru Innemu powoduje, że sam czuję się lżejszy. Niekiedy tym Innym staje się bliska osoba, czasem terapeuta, czasem jest to Bóg. Mówiąc przeżywamy jeszcze raz nasze koszmary, ale za każdym kolejnym razem dzieje się to trochę inaczej, historia boli w coraz innym miejscu, oglądamy ją jakby z innej strony i z coraz większego dystansu. Na koniec staje się po prostu jeszcze jedną historią, może dość niewesołą, ale już tak nie boli, zużywa się, można z nią żyć. Krzywda nie znika, ale niczym wrzucony w wody rzeki kamień traci ostre krawędzie, daje się wziąć do ręki i nie rani. Po prostu jest, jest o niej pamięć i jej nie musimy już się pozbywać, można ją nawet czasem wyjąć i komuś pokazać.
Tak to jest w optymistycznym wariancie. Ale bywa inaczej. Niekiedy trudno jest pożegnać się ze swoją krzywdą, przestać pielęgnować urazę, przeciwnie, może ona zacząć kierunkować życie, a nawet zacząć podawać się za jego sens. Jednoznaczna odpowiedź na pytanie dlaczego tak się dzieje jest równie trudna jak ta, czemu jedni zapadają na raka, zaś inni nie. Celowo użyłem takiego porównania. Niewybaczona krzywda zachowuje się bowiem podobnie, rozrasta się pochłaniając radość, a wypielęgnowana uraza rozplenia się tak bardzo, że nie mieści się w nas i zaczynamy obdzielać nią innych werbując ich ochoczo do naszej pokracznej wizji świata. Wreszcie nie przyjmujemy już żadnej sprzecznej z nią informacji, by za wszelką cenę wizję tę utrzymać. Nie ma bowiem nic gorszego niż zawalenie się porządku, który z takim trudem udało nam się zaprowadzić w głowie. Nawet w swojej łagodniejszej wersji krzywda wsiąka w człowieka jak w gąbkę i jeśli dobrze tę gąbkę wycisnąć, nieoczekiwanie pojawia się niczym świeża krew w pozornie już zabliźnionej ranie. Pewien człowiek przekonany, że już udało mu się wybaczyć spotkał po wielu latach osobę, od której jak mniemał, doznał krzywdy. I nagle wszystko ożyło, przepełniła go taka złość i żal, że stracił wewnętrzną równowagę i porwał go, co prawda na chwilę ale jednak, wir niechcianych emocji. Po prostu nie mógł się powstrzymać przed wyrzuceniem z siebie wszystkich wydawałoby się przepracowanych już żalów i oskarżeń. Potem poddając z terapeutą refleksji to przeżycie, uświadomił sobie, że nigdy przedtem nie miał możliwości i okazji poinformować tej osoby o tym co przeżywał. Przebaczył jej niejako zaocznie. Okazało się więc, że jest wskazane jeśli nie konieczne, by komunikat o krzywdzie dotarł do krzywdziciela, przed wybaczeniem. Człowiek skrzywdzony powinien mieć możliwość rzeczywiście pokazać swoje cierpienie osobie która go skrzywdziła, ponieważ instynktownie oczekuje bodaj najmniejszego zadośćuczynienia i wtedy łatwiej będzie mu wybaczyć. Taki rozwój wypadków zachodzi nie tak rzadko, lecz kiedy nie zachodzi, pozostaje droga symboliczna, na przykład napisanie listu, którego zwykle nie wyśle, bo wie że adresat go nie przeczyta. Wybaczanie bez symbolicznego choćby wyjścia na przeciw drugiemu człowiekowi staje się operacją intelektualną, wyspekulowanym aktem woli, ale nie miłości, bo ta wymaga spotkania.

    Drugi kłopot z wybaczaniem jest wtedy, gdy nie uświadamiamy sobie naszej krzywdy. Przeżywamy niewyjaśnione lęki, jakiś rodzaj ludzi, pewien typ sytuacji szczególnie nas irytuje i zupełnie nie wiemy dlaczego. Pacjenci pytani o wspomnienia z dzieciństwa albo, co ich samych dziwi, nic nie pamiętają, albo mówią, że było normalnie. Ta normalność ma oznaczać – nie nie, żadnego wariactwa, żadnej traumy. Dla uważnego słuchacza może to być sygnałem, że doznanie krzywdy zostało wyparte, a pamięć zmodyfikowana, w ten sposób, że niektóre jej fragmenty stały się niedostępne. Tak działają mechanizmy obronne, które pozwalają dalej żyć.
Pewien młody człowiek, student medycyny, został jako roczne dziecko oddany na wychowanie babci. Rodzice mieli już dwoje starszych dzieci, małe mieszkanko, trudną sytuację materialną, a babcia mieszkała piętro wyżej, więc mógł widywać ich codziennie. Przez całe życie poczytywał to sobie za wyróżnienie, miał swój pokój, zabawki, uwagę babci. Jednak mimo dużej inteligencji miał kłopoty z ukończeniem studiów, a jego związek z którego urodziło się już dziecko groził rozpadem. Inny trzydziestoletni mężczyzna z inteligenckiej, uzdolnionej artystycznie, ale chłodnej emocjonalnie rodziny został wysłany jako piętnastolatek do szkoły w innym mieście, by tam rozwijać swój talent. Nie tęsknił za domem, ukończył szkołę, zaczął studia, ale w pewnym momencie uznał, że brakuje mu zdolności. Przerwał naukę, zaczął pracować i coraz częściej sięgać po alkohol. W końcu przez picie stracił pracę i wrócił do domu rodziców. Podjął jakieś zajęcie znacznie poniżej swoich kwalifikacji. W jego samotnym i dość smutnym życiu pojawiła się pewna prawidłowość; ilekroć udało mu się odnieść jakiś sukces upijał się w samotności i wszczynał z rodzicami awantury na dość błahe tematy.
Te dwie historie pokazują, że aby pojawiło się niejasne doznanie krzywdy nie trzeba kwalifikowanej patologii. Jeżeli nie ma jednoznacznych dowodów alkoholizmu czy przemocy, trudno jest zidentyfikować i nazwać wewnętrzną rzeczywistość i powiązać to co się dzieje z wybaczaniem. Trudno jest powiedzieć ojcu czy matce – czuję się przez ciebie skrzywdzony. W ekonomii emocji największa nawet krzywda nie jest bowiem równa darowi życia jaki od nich otrzymaliśmy, stąd ujawnienie doznanych krzywd wywołuje nieznośne poczucie winy. Życie z takim obciążeniem staje się oczekiwaniem na karę, a skoro tak, nie udaje się zwykle zbudować adekwatnego poczucia własnej wartości. Stąd tendencja do upatrywania przyczyn własnego dyskomfortu w innych; wredny szef, fałszywa przyjaciółka, marny los, a nawet sam Bóg stają się obiektami tak przeadresowanej złości. Fantazja, że ujawnienie poczucia krzywdy spowoduje wybuch złości w efekcie czego skrzywdzimy rodzica i zasłużymy na ostateczne potępienie, wywołuje reakcję obronną polegającą na wyparciu ze świadomości niechcianych wspomnień. Dla zewnętrznego obserwatora dostępne pozostają tylko pozbawione sensownych źródeł objawy.

O wybaczaniu nie wszystko da się powiedzieć, choćby dlatego, że nie da się go oddzielić, wydestylować w czystej postaci z całego życia człowieka. Najbardziej subtelna analiza może uwzględnić zaledwie kilka aspektów problemu, który przynosi ze sobą pacjent. Próbując nazywać i rozumieć czym jest wybaczanie zawsze, tak jak wtedy gdy gwoli naukowej staranności wyrywamy z ziemi unikalną roślinę, tracimy jakąś część jej korzeni, tak i tu jesteśmy skazani na uproszczenia a wręcz trywializacje. Mogę sobie dobrze wyobrazić czytelnika, który po lekturze powyższych rozważań powie – no cóż, to u mnie działa zupełnie inaczej. Dla jednego będzie to proces czysto psychiczny, dla innego o wiele bardziej duchowy. Zawsze jednak, i tu użyję tytułu książki kontrowersyjnego czeskiego psychiatry S. Grofa, jest to „Przygoda odkrywania samego siebie”.

Jacek Mularski