Ziarno prawdy

Ziarno prawdy

Ziarno prawdy tkwi w każdej koncepcji psychologicznej. Psychoterapię, którą czuję i być może jakoś uprawiam nazwałbym trochę zbyt poetycko – psychologią obecności.

Pacjent wchodząc do gabinetu przynosi zwykle swoje oparte na przeniesieniu oczekiwanie, że ten drugi, czyli psychoterapeuta, wypełni mój palący brak kogoś lub czegoś ważnego. Tak się oczywiście nie stanie, bo terapeuta jest zawsze jakby zamiast, jest w pewnej umownej przestrzeni – swojego gabinetu, a nie w sercu czy sypialni pacjenta. Jak więc pomaga? Może przez to, że wspólnie z nim próbuje uchwycić w słowa to, co nieuchwytne, ale przecież realnie bolesne, to czego nie mam, czego jednak pragnę kategorycznie i nie umiem, nie chcę, tego pragnienia się wyrzec.

W realności pragnienie to zwykle nie daje się zaspokoić. Brak kochającej, rozumiejącej i akceptującej osoby koi obecność terapeuty. Każdy jednak wcześniej lub później zdaje sobie sprawę, że ta obecność jest zamiast i w pewnym sensie rozczarowuje się. Korzyść jest taka, że po drodze próbuje nazwać ten brak, to pragnienie. Uczy się je rozumieć i widząc w końcu, że nie da się go zaspokoić zaczyna szukać innego sposobu, jak żyć pomimo tego.

Człowiek przeczuwając swoją niekompletność, przeczuwając brak w sobie funduje się na pragnieniu i tęsknocie. Na ogół opacznie rozumiana biblijna pożądliwość jest w gruncie rzeczy diagnozą tego stanu. Człowiek czując w sobie brak stara się go wypełnić tym co ma najpierw pod ręką – rzeczami, popędami, ale nie znajduje ukojenia jeśli nie wyjdzie ponad tę dotykalną, oczywistą sferę. Nie każdy dochodzi do takiej konstatacji, że brak dotyczy czegoś więcej, czegoś wyżej, co odróżnia nas od świata zwierząt. Jest przyczyną cierpienia i bólu, ale też elementarną siłą napędową człowieka jako gatunku,lub jeśli ktoś woli, jako stworzenia.

Psychoanalitycy redukowali to do fizycznych potrzeb i popędów , nawet popędu autodestrukcji i śmierci, konstatując przy tym słusznie, że człowiek skazany jest na wieczne nienasycenie. Współcześni na dowód solidności swoich rozważań pokazują skany mózgu i strukturę połączeń nerwowych .

Może więc należałoby się przyjrzeć bliżej naturze owego pragnienia i dojrzeć, że jest ono jako żywo pragnieniem przekroczenia w ogóle tego co w powszechnym doświadczeniu osiągalne. Jesteśmy spragnieni. I ja pozwalam sobie to pragnienie nazwać miłością.

Życie jednak prawie zawsze sprawia, że wcześniej czy później czujemy się pozbawieni tego stanu. I celowo nie użyję tu pojęcia obiektu miłości. Obiekt ten jest potrzebny bo zapośrednicza, udostępnia nam na chwilę przeżywanie stanu miłości, a ponieważ najbliższe, będące w zasięgu obiekty są ludźmi równie spragnionymi i niekompletnymi jak ja, zwykle nie udaje mi się osiągnąć tego czego najgłębiej pragnę. Rozczarowuję się, gniewam, a nawet zaczynam nienawidzić, w gruncie rzeczy za to, że obiekt nie spełnia mojego pragnienia. I tu zaczyna się teatr życia. Wchodzimy na scenę nie znając ani tekstu, ani finału dramatu, w którym z konieczności bierzemy udział. Pięknie pisze o tym ks. Tischner w książce „Filozofia dramatu”.

Wracając jednak do psychologii i wspomnianego ziarna prawdy. Rzeczywiście w każdej koncepcji jest takie ziarnko prawdy i mogę je sobie wziąć pod lupę mówiąc- Aha! Tak to działa! Kiedy jednak ziaren jest zbyt wiele, każde inne i każde jednak w jakiś sposób cenne, to w końcu spostrzegam, że mam w ręku garść piasku, który przecieka przez palce nie dając się ukształtować w jakąś solidną rzecz, która mogłaby posłużyć za kamień węgielny mojego życia. I znowu czuję, że jakieś bardzo istotne pragnienie, by wszystko to pojąć nie będzie zaspokojone.

J.M. 2017